Opera

Polsko-Niderlandzkie Stowarzyszenie Kulturalne

Panczeny - druga sportowa miłość Holendrów

Kiedy w Holandii zaczyna się zima? Dla kibiców oznaką tego jest, kiedy w gazetach i telewzji więcej mówi się o Rintje Ritsmie i Marien Timmer niż o Dennisie Bergkampie i Arjenie Robbenie. Od listopada do połowy marca Holandią rządzą niepodzielnie łyżwiarze szybcy. W żadnym innym kraju łyżwiarska gorączka nie osiąga takiej temperatury jak tutaj.

Dla mieszkańców kraju płaskiego jak stół, pełnego małych rzek i kanałów, które przy mroźnej pogodzie zamieniały się w lodowiska, łyżwy były tym, czym dla Skandynawów narty - najpraktyczniejszym i najtańszym zimowym środkiem lokomocji. Według historyków plemiona zamieszkujące dzisiejszą Holandię jeździły na łyżwach już tysiąc lat temu. Od początku w tej pasji przodowali Fryzowie zamieszkujący północną część Niderlandów. To właśnie w kurhanach położonych na terenach dzisiejszej Fryzji archeologowie odnajdywali najstarsze "łyżwy", czyli przywiązywane do butów zwierzęce kości.

Licząca blisko tysiąc lat, podbudowana bogatą tradycją miłość do łyżwiarstwa sprawiła, że w Holandii sportowcy panczeniści traktowani byli zawsze z honorami, na jakie nie mogli liczyć nigdzie indziej. Medaliści olimpijscy z Nagano, Salt Lake City i Turynu witani są jak bohaterowie a królowa Beatrix zaszczyca ich audiencją. Mogą oni liczyć w Holandii nie tylko na sławę, ale i pieniądze. Tylko tu istnieją, zakładane na wzór kolarskich, zawodowe grupy panczenistów oferujące najlepszym łyżwiarzom całkiem wysokie zarobki. Po igrzyskach w Nagano Gianni Romme podpisał kontrakt z grupą SponsorBingo Loterij, gwarantujący mu do 2006, czyli do igrzysk w Turynie, roczną gażę w wysokości 450 tysięcy euro. W jednej z grup trenował także Polak Paweł Abratkiewicz.

Łyżwiarska pasja Holendrów to nie tylko kibicowanie profesjonalistom. Jeszcze zanim zawodowcy zainaugurują zmagania w Pucharze Świata, rusza sezon maratonów rozgrywanych na dystansach 16 km (kobiety), a wśród mężczyzn - od 30 do 60 km. Bardziej niż z zawodnikami w opływowych kostiumach maraton kojarzy się Holendrom z łyżwiarzami z dawnych czasów: prostymi rybakami, rolnikami, robotnikami, którzy startowali w swoich roboczych ubraniach, a na metę wpadali z oszronionymi brodami. Startują w nich amatorzy, ale często na liście startowej można zobaczyć takie sławy jak Rintje Ritsma, Jan Bos czy Carl Verheijen. Relacje z maratonów przewidują wszystkie liczące się stacje telewizyjne i radiowe oraz prasa ogólnokrajowa.

Mimo postępów techniki i bardzo dużej ilości krytych torów Holendrzy szczególnie poważają zawody na naturalnym lodzie. Tu mniejszą rolę niż na torze sztucznym odgrywa perfekcyjna technika - nierówna tafla wyklucza płynne, długie ruchy, pozwalające utrzymać szybkość. Liczą się siła, wytrwałość i koncentracja - trzeba cały czas patrzeć, po czym się jedzie, aby nie zostać niemile zaskoczonym. Decyzję o lokalizacji imprez podejmuje holenderski związek łyżwiarski (KNSB), kierując się grubością i jakością lodu na poszczególnych obiektach. Niestety ku rozpaczy tradycjonalistów, mróz w Holandii pojawia się ostatnio rzadko i na krótki czas. Miłośnicy takiego ścigania muszą więc w czasie zimy pozostawać w ciągłej gotowości - decyzję o zorganizowaniu wyścigu często podejmuje się na kilka godzin przed startem.

Kulminacją zawodów jest Elfstedentocht, czyli najsłynniejszy maraton na naturalnym lodzie. Jego nazwa oznacza Bieg Jedenastu Miast, ponieważ punkty kontrolne zlokalizowane są w 11 miastach prowincji. Wprawdzie dopuszczonych do startu jest ok. 17 tys. osób, ale zwykle chętnych jest dużo więcej. Wyścig zaczyna się o 5.30 w stolicy Fryzji Leuwarden. Dla większości biegaczy ambicją jest ukończenie biegu przed północą, co nagradza się honorowym krzyżem z godłem Fryzji. Na zwycięzców zamiast cennych nagród czeka ogólnonarodowa sława.

Korzenie Elfstedentocht sięgają pierwszej połowy XVIII wieku, gdy fryzyjscy łyżwiarze zaczęli umawiać się na pojedynki - wyścigi przez całą prowincję. To oni, wyruszając rankiem z Leeuwarden i powracając tam wieczorem, wytyczyli trasę. Aby wyścig narodził się we współczesnym, oficjalnym kształcie, trzeba było wyzwania rzuconego Fryzyjczykom przez człowieka z zewnątrz - Pima Muliera z Haarlemu, który w 1890 nie tylko pokonał trasę w 13 godzin, utrzymując, że nikt nie przejechał jej tak szybko jak on. Urażona ambicja mieszkańców Fryzji spowodowała, że w ciągu następnych kilkunastu lat ten sam szlak przemierzyło kilkuset śmiałków, chcących utrzeć nosa Mulierowi. Ich zapał zainspirował prezesa fryzyjskiego towarzystwa łyżwiarskiego do zorganizowania w 1909 pierwszego Elfstedentocht.

Kiedy zbliża się termin wyścigu Fryzyjczycy i Holendrzy mówią tylko o mrozie i grubości lodu. Kaprysy pogody sprawiły, że od roku 1909 roku, udało się go zorganizować tylko 14 razy. Najdłuższa przerwa między wyścigami trwała 22 lata: od 1963 do 1985 roku. Kiedy w 1997 roku, organizatorzy nie mieli pewności, czy lud wytrzyma, zaangażowano wielkie siły i pieniądze by pomóc naturze. W miejscach, gdzie tafla była krucha, wycinano otwór w kształcie kwadratu i zatapiano w nim lodowe sześciany, transportowane na ciężarówkach. Był to jak do tej pory ostatni wyścig.

Kłopoty z pogodą i wielką tęsknota za lodowymi przejażdżkami zmusiły Holendrów do szukania zastępczej areny. Pod uwagę brane był nawet nasze Mazury, ale okazało się, że nie mamy wystarczającej bazy noclegowej. Tysiące Holendrów jedzie więc na przełomie stycznia i lutego do Austrii, nad  jezioro Weissensee aby dla podtrzymania tradycji walczyć w "Alternatywie biegu 11 miast".

Kiedy lód na fryzyjskich rzekach i kanałach ma minimalnie 15 cm i decyzja o starcie zostanie wydana pustoszeją ulice Holandii. Część kibiców zostaje w domu by przez cały dzień śledzić transmisję telewizyjną, inni udają się do Fryzji, by na żywo zobaczyć zmagania łyżwiarzy. Zwycięzcy maratonu przechodzą do historii holenderskiego łyżwiarstwa na równi z medalistami olimpijskimi. Elfstedentocht to bowiem wyścig dla najtwardszych. Zdarzało się, że uczestnicy dojeżdżali do mety z odmrożeniami, z otwartymi ranami pięt, nierzadko lądują w lodowatej wodzie, bo lód nie wytrzymuje obciążenia tysięcy zawodników. Najtrudniej było podczas maratonu w 1963 roku, kiedy z 10 tys. łyżwiarzy do mety dotarło zaledwie 70.

Pamiątki związane z Elfstedentocht można oglądać w utworzonym w Hindeloopen Muzeum Biegów Łyżwiarskich - są tam m.in.: stroje znanych uczestników, karta startowa Wilhelma-Aleksandra, czyli syna królowej Beatrix, łyżwy Evertvana Benthema, właściciela farmy mlecznej, który jako jedyny wygrał dwa razy z rzędu (w 1967 roku osiągnął czas poniżej siedmiu godzin). Jest też jeden wybitnie makabryczny eksponat - odmrożony palec od nogi jednego z zawodników.

Zaprawieni w czekaniu miłośnicy maratonu nie tracą wiary, mimo, że na sprzyjające warunki czekają już blisko 10 lat. Oni wiedzą, że - jak mówi holenderskie łyżwiarskie powiedzenie - Elfstedentocht przychodzi zawsze w najmniej oczekiwanym momencie".

 

 


 


 Copyright © Oranjefan.pl 2001-2006
Wykonanie inti.pl
Home |  Wiadomości |  Mecze |  Kadra |  Trenerzy |  Historia |  Eredivise |  Kibice |  Linki |  Forum |