Kiedy żona zawiadomiła mnie, że zamierza wyjechać na weekend z koleżanką, byłem bardzo zadowolony. Od sześciu miesięcy nie miała ani chwili dla siebie - czyli odkąd urodziła się nasza córeczka Fe. Odpoczynek jej się należy. Nie zauważyłem jednak, że to ten weekend, kiedy Holandia gra z Belgią. Kiedy później powiedziałem, że wynajmę na sobotni wieczór opiekunkę, wściekła się. Z tego, co krzyczała, zrozumiałem, że była bardzo ciekawa, czy jakiś głupi mecz jest dla mnie ważniejszy niż córka. Uświadomiłem sobie, jak trudno będzie znieść ciężar ojcowskiej odpowiedzialności.
Po wyjeździe żony, w piątek wieczorem, oglądałem telewizję. Gdy zobaczyłem, jak ludzie malują samochody i domy na pomarańczowo, pomyślałem, że gdyby żona zobaczyła, w jakim stanie emocji jesteśmy my wszyscy, którzy czujemy się związani z naszymi chłopakami we Francji, na pewno zgodziłaby się na opiekunkę. Więc zadzwoniłem do sąsiadów i zapytałem, czy ich córka nie zaopiekowałaby się moją córką. Na szczęście zgodziła się.
Od rana w sobotę byłem najlepszym tatusiem na kuli ziemskiej. Kupiłem Fe nawet pomarańczową piłkę i pomarańczową czapeczkę. Wytłumaczyłem, dlaczego wszyscy ubrani są na pomarańczowo, i do południowej drzemki zaśpiewałem hymn. Nigdy nie jest za wcześnie, aby wyjaśnić dziecku, co tak naprawdę jest ważne na tym świecie. Chyba zrozumiała, bo stwierdziła: "da da ba ba".
Zabawa trwała do 16, kiedy zadzwonił sąsiad i powiedział, że córka jest chora i nie może przyjść do Fe. Tłumaczyłem, że to za późno na zmianę decyzji, że mam spotkanie w interesach, i wściekły zasugerowałem, żeby on sam zastąpił córkę. Zaśmiał się głupkowato i powiedział, że też ma spotkanie w interesach. Spotkanie ma kryptonim "Mission Orange" i zaczyna się o 21 w knajpie obok.
Przez następną godzinę szukałem innej opiekunki. Na nic. Wreszcie zapytałem Fe, czy nie posiedziałaby sama, a ja będę obok w knajpie z walkie-talkie. - Gdybyś zapłakała, będę przy tobie w minutę. Powiedziała "da da ba ba", czyli "tak, tatusiu, idź i baw się dobrze. Nic nie powiem mamie". To niesłychane, jak wiele może zrozumieć sześciomiesięczna dziewczynka.
Wieczorem wskoczyłem w swój pomarańczowy strój i gdy tylko Fe usnęła, wyszedłem. O 21 knajpa była pełna. Tuż przed ekranem zobaczyłem sąsiada, jego żonę i "chorą" córkę. Kiedy zamachał do mnie, pokazałem mu środkowy palec.

Holenderscy kibice słyną z dobrej zabawy.
Po kwadransie stało się oczywiste, że Holendrzy pokonają Belgów. Byliśmy lepsi i strzelenie pierwszego gola było kwestią czasu. Kiedy Marc Overmars po raz kolejny szarżował lewą stroną, usłyszałem telefon. Zastanawiałem się, kto jest tak głupi, aby przynieść ze sobą telefon komórkowy, kiedy zauważyłem światełko w moim. Szok, to dzwonił telefon w moim domu. Kiedy uświadomiłem sobie, że to być może żona, przedarłem się do wyjścia jak Stam, pobiegłem do domu szybciej niż Overmars, ale telefon ucichł. Powrót do knajpy nie wchodził w grę, żona mogła spróbować raz jeszcze. Po raz pierwszy w życiu oglądałem ważny mecz w domu - sam. I po raz pierwszy miałem nadzieję, że Holendrzy przegrają. Tylko w takim przypadku nie straciłbym zwycięskiej imprezy w knajpie. Na nieszczęście moje życzenia się sprawdziły. Holendrzy byli lepsi, ale od kiedy w tym sporcie chodzi o zdobywanie bramek, a nie czerwonych kartek, ten remis jest porażką.
Żona zadzwoniła pół godziny później. Zapytała, czy było mi ciężko oglądać samotnie mecz. - Opiekowanie się Fe jest lepsze niż mecz w knajpie - powiedziałem. - To dobrze, bo właśnie umówiłam się z koleżankami na najbliższą sobotę.
Skąd ona wie, że w sobotę gramy z Koreą?
Albert Ramakers, Gazeta Wyborcza 1998-06-15