Rz: Będąc piłkarzem, wypalał pan paczkę papierosów dziennie. Będąc trenerem - przynajmniej dwie. Nie przeszkadzało to panu?
JOHAN CRUYFF: Jako piłkarzowi nie przeszkadzało. Jako trenerowi tak, bo przecież miałem zawał serca. Rzuciłem nałóg w jeden dzień, dałem się nawet namówić na udział w kampanii antynikotynowej. Było, minęło, teraz już nawet gumy do żucia nie potrzebuję.
Jak się nazywa pierwszy zespół, który pan prowadził?
Ajax.
A ja słyszałem, że najpierw był pan trenerem reprezentacji Holandii, jeszcze gdy grał pan w piłkę. W 1975 roku, w eliminacjach do mistrzostw Europy, Holandia grała z Polską. W Chorzowie przegraliście 1:4. Przed rewanżem w Amsterdamie ponoć usunął pan z szatni trenera reprezentacji i powiedział swoim kolegom, jak mają grać. Wygraliście 3:0...
Zawodników do meczu zawsze przygotowuje trener. On jest najważniejszy. Nie pamiętam, jak wtedy było. Może trener znalazł się poza szatnią i rzeczywiście coś powiedziałem. Muszę przyznać, że koledzy słuchali, jeśli miałem coś do powiedzenia.
Dlaczego po odejściu z Barcelony przestał pan pracować w zawodzie? Odrzuca pan wszystkie propozycje. Można pana zobaczyć tylko w telewizji...
Ostatnio odrzuciłem propozycję prowadzenia Athletico Bilbao, ponieważ moja wizja pracy w tym klubie była zupełnie odmienna od tej, którą przedstawili mi jego właściciele. Są inne rzeczy, które lubię robić bardziej od prowadzenia przeciętnego klubu. Cieszę się życiem.
Barcelona jest tak wielkim klubem, że praca w innym to dla pana zbyt małe wyzwanie?
Nie, nie. Barcelona może i jest dużym klubem, ale wcale nie o to chodzi. Jeśli mam stworzyć coś dobrego, muszę mieć ku temu warunki. Dziś nie chcę już być trenerem Barcelony. Po odejściu z tego klubu przez kolejne dwa sezony nie mogłem nigdzie pracować, ponieważ takie były warunki mojego odejścia. Płacono mi pieniądze, a ja nic nie robiłem.
Prowadzenie reprezentacji Holandii też pana nie interesuje? Po zakończeniu mistrzostw Europy w zeszłym roku, na których Holandia przegrała w półfinale, padła taka propozycja.
To też mnie nie interesuje. Koniec i kropka. Nie chcę być trenerem żadnej drużyny ani dziś, ani jutro. Może pojutrze. Dziś wolę popatrzeć na futbol jako całość, przemyśleć pewne sprawy. Trochę filozofii nigdy nie zaszkodzi.
Był pan w telewizji największym krytykiem reprezentacji Holandii podczas ostatniego EURO 2000. Tak się panu nie podobała jej gra? A może, jak można było przeczytać w gazetach, nie pozostawiał pan na piłkarzach suchej nitki na prośbę trenera Franka Rijkaarda, który chciał psychicznego wstrząsu w drużynie?
Jakość piłkarzy to jedna sprawa, a jakość gry druga. Jeśli są dobrymi piłkarzami, a są, to dlaczego nie potrafili pokazać swojej klasy na boisku? Moja metoda okazała się skuteczna, bo w ćwierćfinale przeciwko Jugosławii zagrali bardzo dobrze. Wygrali 6:1. To znaczy, że było w tych piłkarzach coś, co można wydobyć na powierzchnię. Potem, niestety, znowu zasnęli i nie potrafili strzelić gola Włochom. Rijkaard to mój przyjaciel. Nie zawarliśmy żadnego układu. Obaj czuliśmy, że zespół potrzebował wstrząsu, ja go wywołałem i Rijkaard był bardzo zadowolony.
Ile zależy od piłkarzy, a ile od trenera?
Najważniejsi są dobrzy piłkarze. Tych dobrych piłkarzy trzeba jakoś poustawiać na boisku, powiązać niewidzialnymi więzami. To należy do dobrego trenera. Dwie zupełnie różne rzeczy, ale jedna bez drugiej nie może istnieć.
Czy trzeba zmienić jakieś przepisy gry?
Nie. Są bardzo dobre, skoro piłka przyciąga tak wielu kibiców. Trzeba zmienić przygotowanie oraz mentalność trenerów i nauczycieli gry. Oni dużo gadają, a nie uczą niczego. Futbolowi trzeba dać więcej ludzi rozumiejących tę grę.
Czy sędzia powinien mieć możliwość sprawdzenia na wideo niektórych sytuacji?
Piłka to gra pomyłek. Sędzia musi być dobrze przygotowany do wysiłku, ale też ma prawo do pomyłek, bo inaczej byłoby nudno.
Czy jest pan zadowolony z kariery syna, Jordiego?
Jestem zadowolony. Grał w dwóch najlepszych klubach Europy - przez 6 lat w Barcelonie, przez kolejne cztery lata w Manchesterze United.
Ale w obu tych klubach głównie siedział na ławce rezerwowych.
Dlatego przeszedł do Alaves, gdzie może grać bez przerwy. Gra dobrze. Jego kariera się rozwija. Jest miłym chłopakiem. Szkoda, że porównują go ze mną. Gdybym nie był jego ojcem, pewnie byłoby mu łatwiej.
Nie chciałby pan urodzić się 25 lat później? Zarobiłby pan o wiele więcej pieniędzy...
No i co z tego? Miałbym jeszcze jeden kłopot, bo nie wiedziałbym, jak je wydać. Jestem całkowicie usatysfakcjonowany pieniędzmi, które zarobiłem.
Rozmawiał w Zurychu Krzysztof Guzowski, Rzeczpospolita 2001-02-26