Od dawna wiadomo, że to nie sami Brazylijczycy zostali stworzeni, by grać w piłkę, ale Brazylijczycy i Holendrzy - reprezentacja 16-milionowego narodu od trzech przeszło dekad gra z wdziękiem Latynosów, a Ajax Amsterdam masowo przeszlifowywuje cudowne dzieci futbolu w półbogów futbolu. Teraz wreszcie wiemy, jak to się dzieje. Holenderscy trenerzy godnie pożegnali swego nestora, zmarłego w tym roku Rinusa Michelsa, i zaczęli trząść światową piłką.
Najbardziej spektakularnym triumfem pomarańczowej myśli szkoleniowej było oczywiście odrodzenie Barcelony. Frank Rijkaard wdrożył na Camp Nou najlepsze osiągnięcia futbolu totalnego (jego prekursorem był właśnie Michels). Zaaplikował drużynie absolutną wymienność pozycji, utrudniając rywalom rozpoznanie i skuteczną defensywę, a także połączył przyjemne z pożytecznym, przekonując nastawionych bezkompromisowo piłkarzy do pressingu na całym boisku i odbierając tym samym przeciwnikom swobodę inicjowania akcji zaczepnych. No i śmiało przesuwał graczy, przeobrażając np. w pomocników nominalnych stoperów - Meksykanina Rafaela Marqueza i Brazylijczyka Edmilsona.
Wyczyny Rijkaarda zwieńczone jesiennym upokorzeniem Realu w Madrycie (3:0) to tylko wierzchołek góry pomarańczowej. W Lidze Mistrzów aż pięć klubów prowadzili Holendrzy, w czym dorównują im jedynie Włosi, ale oni przecież - z racji siły bogatej Serie A - znajdują się w uprzywilejowanej pozycji.
Tymczasem Guus Hiddink znów poprowadził PSV Eindhoven do fazy pucharowej, choć walczył w bardzo mocnej i wyrównanej grupie, a latem zwierzchnicy tradycyjnie wystawili jego drużynę na sprzedaż. Danny Blind jak zwykle dysponował głównie żółtodziobami, ale Ajax Amsterdam też awansował. O Franku Rijkaardzie wspominałem, Ronald Koeman sprawił w Benfice Lizbona największą sensację, eliminując Manchester United. Odpadł tylko Co Adriaanse, lecz jego Porto przechodzi okres przebudowy, a trener nazywany przez znawców holenderskiej piłki nowym Mourinho i tak miał wspaniały rok, bo wiosną podbijał Puchar UEFA z prowincjonalnym AZ Alkmaar imponującym nie tylko skutecznością, ale i stylem.
O ile jednak w Lidze Mistrzów Holendrzy napotkali silną konkurencję Włochów, to w eliminacjach do mundialu konkurencji już nie mieli żadnej. Sforsowało je aż czterech, a nie zawsze byli faworytami.
Marco van Basten z reprezentacją kraju miał najłatwiejsze zadanie tylko teoretycznie, bo choć wśród jego rodaków talent goni talent, to jednak na poprzednie MŚ przebić się nie udało, a grupa z Czechami należała do najsilniejszych w Europie. Genialny przed laty napastnik wlał jednak w kadrę nowego ducha, podejmując brawurowe decyzje, które okazały się jedynie słuszne. Piłkarzy nietykalnych jak: Davids, Seedorf, Stam, Kluivert czy Makaay usunął czasowo lub nieodwołalnie, stawiając na entuzjastyczną młodość (Dirk Kuyt, Hedwiges Maduro etc.), która miała wspierać coraz dojrzalszych van der Vaarta, Robbena czy Sneijdera. I wygrał, a kończący rok nieudany sparing z Włochami (1:3) może mu tylko pomóc, bo przedmundialowy optymizm rodaków zaczynał być ślepy.
Dick Advocaat objął reprezentację Korei Płd. już po tym, jak awansowała ona do MŚ, ale zastąpił rodaka Jo Bonfrere. Guus Hiddink, ten sam, który utrzymuje w ścisłej europejskiej czołówce PSV Eindhoven, po 32 latach nieobecności uszczęśliwi mundialem Australię, a Leo Beenhakker zainspirował absolutną sensację, doprowadzając do debiutu na tej imprezie Trynidad i Tobago, którego największa gwiazda leniuchuje na boiskach ligi katarskiej, a pomniejsze tyrają w niższych ligach angielskich.
Moda na holenderskich fachowców narasta, do wymienionej dziewiątki można by jeszcze dołożyć dobrze znanego Grzegorzowi Rasiakowi Martina Jola z Tottenhamu lub opiekunów reprezentacji Estonii, Armenii, Aruby i Gambii. Lepiej jednak wyhamować, bo szef tamtejszego związku trenerów Jan Reker po awansie kwartetu pomarańczowych na przyszłoroczne MŚ chełpił się, że za granicą pracuje w sumie 93 jego rodaków. A starcza ich jeszcze na sukcesy Ajaksu czy PSV oraz wsparcie polskiej piłki - przecież Smolarka Holendrzy przyuczali nam od trampkarza.
Rafał Stec, Gazeta Wyborcza 27.12.2005