Michał Pol: W plebiscytach na najlepszego piłkarza Holandii: Johan Cruyff przed Johanem Neeskensem. W Polsce w pierwszej trójce - Lubański, Deyna i Lato. A niemieccy kibice właśnie wybrali Gerda Muellera. Czym to tłumaczyć? Czyżby dzisiejsze gwiazdy nie przemawiały tak do wyobraźni jak te z lat 70.?
Johan Neeskens: Sam nie wiem, skąd ta nostalgia. Rozumiem jeszcze, że głosują na nas ludzie w średnim wieku, dla których nasze sukcesy to ich młodość. Ale dlaczego młodzi? I to w dobie globalnej wioski, gdy piłkarze stali się idolami wszystkich. Nasz ówczesny futbol trudno porównać z dzisiejszym. Jak oglądam w telewizji stare mecze, myślę sobie: "Ależ byliśmy wolni!". Teraz gra się o wiele szybciej, nie ma tyle miejsca do rozgrywania piłki co 30 lat temu. Futbol stał się bardziej atletyczny, fizyczny. Ale też coraz mniej liczy się technika, nad czym boleję. Dziś jednak chyba o wiele trudniej niż w naszych czasach być piłkarzem. Choć myślę, że wiele gwiazd z lat 70. bez trudu by się dziś odnalazło. Ja w każdym razie na pewno.
Nie ma Pan poczucia, że urodził się za wcześnie?
Nie. Grałem w najlepszych klubach świata z najwybitniejszymi zawodnikami. W klubowej piłce nożnej zdobyłem wszystko, co było do zdobycia. W Ajaksie współtworzyłem takie drużyny, jak Real Madryt czy Manchester United - najsilniejszy zespół świata, który wyprzedzał rywali w rozwoju o kilka kroków i trzy lata z rzędu zdobywał Puchar Europy. Jestem z tego powodu szczęśliwy. Może teraz trochę więcej zarabiają, ale jakoś potrafię z tym żyć.
Trenerem Wisły Kraków, rywala Pańskiej drużyny w Pucharze UEFA, jest Henryk Kasperczak. Pamięta go Pan z boiska?
Naturalnie! Kiedy był niedawno z wizytą w Nijmengen, mieliśmy chwilę, żeby pogadać o dawnych wspaniałych czasach. Podziwiałem wówczas grę Polaków. Znam prawie na pamięć skład tamtej drużyny: Deyna, Gadocha, Lato, Szarmach, Tomaszewski, Kasperczak, Gorgoń... jak oni porywająco grali! Do dziś żałuję, że na mistrzostwach świata w 1974 roku Polska przegrała z Niemcami ten pamiętny półfinał. Oglądaliśmy tamten mecz we Frankfurcie, zastanawiając się, jak dopuszczono do jego rozegrania z taką ilością wody na murawie. Nie wiem, kto by wygrał, gdyby to Polska zagrała o złoto z Holandią. Ale jestem pewien, że byłby to najwspanialszy finał w historii mundiali, bo nasze drużyny grały najbardziej atrakcyjny, ofensywny futbol na świecie. Na pewno szanse byłyby równe.
Wystąpił Pan w dwóch finałach mistrzostw świata.
Gra w obu napawała nas olbrzymią dumą. Holandia to mały kraj, więc sam finał był wielkim osiągnięciem. Jednak po dwóch porażkach spotkał nas jeszcze większy zawód. Byliśmy przekonani, że gramy najpiękniejszy i najskuteczniejszy futbol na świecie. Myślę, że w obu meczach zabrakło nam szczęścia. Nasz pech polegał na tym, że w obu trafiliśmy na gospodarzy mundialu. Wiadomo, jak ciężko gra się przeciwko Niemcom. A co dopiero jak grają przed własną publicznością jak w 1974 roku! To samo można powiedzieć o Argentynie. Myślę, że gdybyśmy w 1978 roku na stadionie River Plate grali z jakąkolwiek inną drużyną, zdobylibyśmy Puchar Świata. Argentyńczycy opóźnili wyjście na boisko o 10 min. Staliśmy w tunelu, słuchając tej wielkiej wrzawy na trybunach. To było nie fair wobec nas i myślę, że gdyby nie byli gospodarzami mundialu, nie pozwolono by im na to. Zakwestionowali też gips na ręku Rene van der Kerkhofa, który przecież grał z nim już wcześniej w turnieju i nikomu to nie przeszkadzało. Oczywiście można mnożyć "gdyby". Np. gdyby dwie minuty przed końcem spotkania Rensenbrink trafił do siatki, a nie w słupek, dogrywka byłaby niepotrzebna, a Holandia zostałaby mistrzem świata.
W finale z RFN w Monachium zdobył Pan gola z karnego w pierwszej minucie po faulu na Cruyffie - Niemcy nawet nie dotknęli piłki. Pamięta Pan jeszcze, co czuł, ustawiając piłkę na jedenastym metrze?
Jakby to było dzisiaj. Wcześniej w turnieju zdobyłem dwa gole z rzutów karnych przeciwko Bułgarii. Domyślałem się, że Sepp Maier musiał oglądać te bramki i wie, w który róg strzelam. Dlatego postanowiłem strzelić inaczej. I wyszło na moje, bo Maier rzucił się tam, gdzie zwykle strzelałem, a piłka wpadła w środek siatki, choć uderzenie nie było czyste.
Z powodu fatalnie wykonywanych karnych "Pomarańczowi" przegrali ostatnio w półfinałach dwóch wielkich imprez - na mundialu we Francji z Brazylią i podczas Euro 2000 z Włochami. Nie próbował Pan nauczyć młodszych kolegów, jak podczas wykonywania "jedenastek" zachować stalowe nerwy?
Ależ starałem się, starałem. Podczas mistrzostw świata we Francji, gdzie byłem asystentem trenera Guusa Hiddinka, długo ćwiczyliśmy z piłkarzami karne na treningach. Wszystko szło idealnie. Tylko że nie da się przećwiczyć zachowania zawodnika w sytuacji meczowej, kiedy jest pod wpływem stresu. To samo na Euro 2000. Patrick Kluivert i Frank de Boer dziurawili na treningach siatkę aż miło. Doskonale wiedzieli co, jak i gdzie. Dziesięć strzałów - dziesięć trafionych. Jednak w obliczu wielkiej odpowiedzialności podczas meczu z Włochami coś poszło nie tak.
Johan Cruyff powiada, że na papierze Holendrzy od lat mają najsilniejszy skład na świecie, ale ich największym przeciwnikiem są oni sami. W decydujących momentach nie wierzą, że mogą wygrać...
Każdy zawodnik ma swoją mentalność. Nie jestem pewien, czy można tak generalizować, że Niemiec będzie grał tak, Holender tak, a Polak jeszcze inaczej. Przecież reprezentanci Holandii występują w najlepszych klubach Europy. Ba, są w tych klubach największymi gwiazdami i odnoszą z nimi sukcesy: Clarence Seedorf w Milanie, Edgar Davids w Juventusie, van Nistelrooy w Manchesterze United; czy mam wymieniać dalej? Nie wiem, dlaczego nie potrafią powtórzyć tych sukcesów w drużynie narodowej, ale chyba nie dlatego, że brak im mentalności zwycięzców. Jeśli reprezentacji Holandii zabrakło na mistrzostwach świata w Japonii i Korei, to dlatego, że w eliminacjach Portugalia i Irlandia okazały się po prostu lepsze. Potrafiły wygrywać na wyjazdach, a my nie, choć np. w Portugalii jeszcze siedem minut przed końcem prowadziliśmy 2:0, a jednak pozwoliliśmy rywalom wyrównać. Nie zasłużyliśmy na wjazd na mundial i tyle. Teraz podobna historia z eliminacjami do Euro 2004.
Pan zdobył wszystko, co w klubowym futbolu jest do zdobycia, w wieku 22 lat. Skąd wziął Pan motywację do dalszej gry i jak to się stało, że te sukcesy nie uderzyły Panu do głowy?
Miałem 18 lat, gdy na Wembley zdobyłem z Ajaksem pierwszy Puchar Europy, pokonując Panathinaikos Ateny. W kolejnych latach powtórzyliśmy to osiągnięcie. Po drodze były mistrzostwa Holandii i Puchar Interkontynentalny. To dużo, dla wielu piłkarzy rzecz nie do osiągnięcia, ja także o tym nie marzyłem. Na szczęście podejście do sukcesów w Ajaksie nie pozwoliło mi zwariować i zmarnować talentu. Ale żeby znaleźć nowe wyzwania, z radością przyjąłem ofertę Barcelony.
Widziałem niedawno "jedenastkę" wszech czasów FC Barcelona. Znalazł się Pan tam w towarzystwie Cruyffa, Romario, Luisa Enrique. Podobno kibice kochają Pana nie tylko za wspaniałą grę, ale także dlatego, że identyfikował się Pan z Katalończykami.
Przychodząc do Barcelony, wiedziałem, że to wielki klub, ale znałem też jego wyjątkową historię i ludzi, którzy ją tworzyli. To oni podkreślali, że klub jest z Katalonii, a ja to akceptowałem. Myślę jednak, że to niejedyny powód, dla którego zjednałem sobie serca fanów. Na początku moje przybycie ich nie cieszyło - miałem zająć miejsce idola Hugo Sotila. Ale zobaczyli, że bronię barw klubowych najlepiej jak umiem, zawsze dając z siebie sto procent. Po pierwszym sezonie zdobyłem tytuł piłkarza roku jako pierwszy cudzoziemiec w historii. Docenili to.
I Pan, i Cruyff zostaliście trenerami. Czy w tej pracy czujecie się dziećmi Rinusa Michelsa?
Każdy trener powinien wypracować sobie własny styl prowadzenia zespołu. Na pewno jako piłkarze chłonęliśmy wiedzę każdego trenera, z którym współpracowaliśmy, jednak każdy z nas postanowił wykorzystać ją inaczej. Nie chciałem być drugim Michelsem, Beenhakkerem czy Hiddinkiem. Jestem, kim jestem.
Cruyff był już trenerem Barcy, teraz prowadzi ją inny były piłkarz Ajaksu Frank Rijkaard. A Panu nie marzy się powrót do Katalonii?
Barca to najwspanialszy klub świata i gdyby była taka możliwość, chętnie wróciłbym do Barcelony, w której przeżyłem tyle wspaniałych chwil. Teraz jednak jestem trenerem NEC Nijmengen i koncentruję się na tym, a nie na marzeniach. Mam z klubem swoje cele i chcę je osiągnąć. Zobaczymy, co przyniesie przyszłość.
Szanse są duże, bo Barcelona to od lat "holenderski" klub...
Akurat ten pomysł, żeby grało tam tylu moich rodaków naraz, wcale mi się nie podobał. Barcelona to klub kataloński i hiszpański. Kibicom trudniej się identyfikować z drużyną, jeśli gra w niej aż siedmiu zawodników z zupełnie innego kraju. Poza tym młodzi chłopcy, którzy trenują w grupach młodzieżowych, muszą mieć przed sobą perspektywę, że za dobrą grę awansują do pierwszej drużyny, chociaż szerokiej kadry.
Mówi się o Panu "Johan II". Nie złości Pana, że we wszystkich rankingach i podsumowaniach zawsze wymieniany jest Pan po Cruyffie? Bo co zdziałałby mózg drużyny Cruyff bez serca zespołu Neeskensa?
Jeśli ktoś mnie spyta, kto jest piłkarzem wszech czasów, odpowiem, że Johan Cruyff. Jestem szczęśliwy, że przez tyle lat mogłem grać w jednej drużynie z kimś takim jak on.
Rozmawiał Michał Pol, Gazeta Wyborcza 2003-09-29