Holandia to wyrzut sumienia w duszy futbolu od roku 1978, w którym, podobnie jak w 1974, powinni byli zdobyć mistrzostwo świata. Tytuł mistrza Europy przed kilkunastu laty otrzymali w ramach rekompensaty, zbiorowej jałmużny, na którą Stary Kontynent się złożył nie mogąc już sobie dłużej patrzeć w twarz. Holendrzy to dla kibiców europejskich rodzice toksyczni; tworzymy wraz z nimi klasyczny model familii judeo-chrześcijańskiej, opartej na nieustannych wyrzutach sumienia. Wzbudzają w nas głębokie poczucie winy, kiedy przegrywają (tak pięknie grają, czy zrobiliśmy coś dla nich, żeby nie spotkała ich krzywda?) i kiedy nieco rzadziej wygrywają (czy aby cieszymy się wystarczająco w obliczu ich wielkości?). Tak, kiedyś byli geniuszami. Barokowemu koszmarowi catenaccio, który w parę metrów kwadratowych przed bramką wtłaczał masę nóg i rąk fruwających na wszystkie strony, a gdy trzeba wijących się po ziemi pod pozorem faulu, przeciwstawili bezkompromisowość linii prostej, niechęć do jakichkolwiek dygresji, wstręt do symulacji i genialny strzał z dystansu, zbawiając tym samym piłkę i przedłużając jej istnienie. Lecz oto coś się stało; zostali zranieni, mniej przez ziemian niż przez fatum; w lustrze przestali dostrzegać swe rysy. Dzisiaj są potępieńcami własnej świetności, upiorami, które nie chcą pożegnać się z życiem. Właściwie wciąż najlepsi, lecz już przecież nie stąd; wciąż najbłyskotliwsi, lecz ontologicznie przeflancowani. Inny, obcy, wampir - ich miejsce jest raczej na warszawskim seminarium niż na boisku. Przeklęci, skazani, nie stąd; nawet jeśli sięgną po tytuły, już zawsze przekraczać będą regulamin. Umawialiśmy się przecież, że mają grać ludzie, a nie zombi i widziadła.
Marek Bieńczyk, Tygodnik Powszechny 11.07.2004