Rzeczpospolita: Mam wrażenie, że polska piłka nożna jest na podobnym poziomie jak w Trynidadzie i Tobago. Jakich metod pan użył, żeby wprowadzić reprezentację tego kraju do mistrzostw świata? Może powtórzy pan je w Polsce?
Leo Beenhakker: To jest opowiadanie na cały wieczór. Poziom futbolu tam i w waszym kraju chyba rzeczywiście jest podobny i okoliczności też. Każdy trener, pracujący dziś z reprezentacją, ma podobne problemy. Pierwszy to ten, że najlepsi zawodnicy grają za granicą. Będąc w Port of Spain musiałem na bieżąco oglądać ligę angielską i szkocką, bo większość zawodników kadry tam grała. Tu będzie podobnie. Kiedy zawodnicy przyjeżdżali na zgrupowania kadry, trzeba było z nimi pracować przez 24 godziny na dobę. Ta praca polegała na wyjaśnieniach, jak mają grać, czemu służą poszczególne ćwiczenia. Chodziło też o to, żeby cała drużyna była zjednoczona i myślała podobnie.
I to samo będzie pan robił w Polsce?
To jest jedyna droga do sukcesu. Zawodnicy muszą być świadomi, że to jest ich praca, zawód. Muszą przyjeżdżać przygotowani, grać ambitnie, być w dobrej kondycji. Przecież każdy trener, każdej reprezentacji jest w podobnej sytuacji - mamy mało czasu. Trzy - cztery dni zgrupowania przed meczami i to wszystko. Piłkarz musi więc współpracować z trenerem. Ale można to wszystko zrobić.
W Polsce jest ponad 30 milionów trenerów, a każdy moją swoją koncepcję składu i gry. Jakim systemem powinna grać reprezentacja?
Niech mnie pan o takie rzeczy nie pyta. System jest zawsze uzależniony od poziomu umiejętności zawodników. Nie ma jednego uniwersalnego. Ja lubię grę ofensywną, ale jeśli widzę, że może być samobójcza, to jej nie zastosuję. Zobaczymy. Odpowiem za parę tygodni.
Czy oprócz Polski miał pan jakieś inne propozycje pracy?
Po mistrzostwach świata stałem się człowiekiem bardzo popularnym. Mogłem pławić się na Trynidadzie, gdzie przez półtora roku przeżyłem fantastyczne chwile. Mogłem przebierać w ofertach. Polska nie była pierwsza. Prezes Listkiewicz zwrócił się do mnie jakieś dziesięć dni temu. Wybrałem Polskę, bo lubię wielkie wyzwania. Wiem, że wasza reprezentacja odnosiła sukcesy na igrzyskach olimpijskich i mistrzostwach świata, ale nigdy nie brała udziału w mistrzostwach Europy. To mnie podnieca. Chciałbym być tym trenerem, któremu udało się to, jako pierwszemu. Byłoby to dla mnie zaszczytem.
Zna pan polski futbol już na tyle, żeby myśleć o tym realnie? Ile meczów Polaków na mundialu pan widział, jakich naszych piłkarzy pan zna?
Gdybym nie wierzył, że to jest możliwe, to nie przyjąłbym propozycji. Przecież Trynidadowi i Tobago też do tej pory się nie wiodło i nagle stało się coś fantastycznego. Oni zaczęli w siebie wierzyć. Przeciętna drużyna pokazała, że odpowiednio umotywowana i ustawiona staje się bardzo trudnym przeciwnikiem nawet dla takich zespołów jak Szwecja, Anglia czy Paragwaj. Żeby dojść do takiego stanu, trzeba przebyć długą i trudną drogę, ale zadanie jest realne. Nie oglądałem waszych meczów na mundialu, z wyjątkiem pierwszego, ponieważ moja reprezentacja grała mniej więcej w tym samym czasie. To jednak nie ma większego znaczenia. W dobietelewizji, DVD, Internetu nieoglądanie meczu na żywo nie oznacza, że się go nie widzi w ogóle. Futbol nie ma tajemnic. Jeśli chodzi o znajomość polskich piłkarzy, to jest ona większa, niż panowie myślicie, ale proszę ode mnie nie żądać, żebym podał skład, w jakim Polska wybiegnie 2 września przeciw Finlandii, w pierwszym meczu eliminacyjnym do mistrzostw Europy. Nie spędziłem ostatnich lat z workiem na głowie. Wiem, co się dzieje w piłce, a pracuję w tym zawodzie 40 lat.
A jakich polskich zawodników pan zna, poza Jerzym Dudkiem, Tomaszem Rząsą i Ebim Smolarkiem, z którymi pan pracował?
Z ligi szkockiej znam Żurawskiego i Boruca. Słyszałem o Frankowskim. Myślę, że z kadry, która była w Niemczech może zostać kilku zawodników. Proszę mnie tylko nie pytać o szczegóły. Jestem w Polsce od 24 godzin. Mam jednak oczy szeroko otwarte, jestem zwolennikiem dyskusji, biorę pod uwagę sugestie innych.
Będzie pan mieszkał w Warszawie czy w Holandii?
Mieszkam zawsze tam, gdzie pracuję. Zamieszkam w Polsce. W środę jadę jeszcze na kilka dni do Holandii, ale szybko wracam. Chcę odbyć rozmowy z trenerami, zorientować się w sytuacji i stworzyć sztab, z którym będę współpracował. Na razie moim jedynym asystentem jest Dariusz Dziekanowski.
Pańska nominacja nie spotkała się w środowisku polskich trenerów i dziennikarzy z powszechną aprobatą. Jest pan pierwszym zagranicznym trenerem polskiej kadry od blisko pół wieku. Czy nie będzie pan czuł presji?
Jakiej presji? Pod presją to ja pracowałem, kiedy byłem trenerem Realu Madryt. Po czymś takim już nic nie jest w stanie człowieka przerazić.
Rozmawiał Stefan Szczepłek, Rzeczpospolita z 12 lipca 2006.