Opera

Polsko-Niderlandzkie Stowarzyszenie Kulturalne

Łąka z pomarańczowymi kwiatami


Wydawało się, że Liverpool jest w Holandii, kiedy Patrick Kluivert strzelił drugiego gola. Trybuny na Anfield Road zamieniły się w jedno pomarańczowe ciało.


Wychodziliśmy z Anfield Road pijani ze szczęścia. Śpiewający, tańczący ludzie ubrani na pomarańczowo z pomalowanymi na pomarańczowo twarzami kłębili się barkiem w bark. Jakiś holenderski zespół muzyczny zaintonował zwycięską pieśń i tłum zaśpiewał wielkim głosem. W końcu wdarliśmy się do finałów mistrzostw Europy. My, kibice holenderscy, byliśmy gotowi do kolejnego święta. Nawet mój przyjaciel Wim zapomniał o złym humorze. Skakał i całował każdego w zasięgu rąk.


Nie mogłem odmówić

Tydzień wcześniej Wim namówił mnie na podróż do Liverpoolu. - To bardzo ważny mecz - mówił. Zarobił sporo pieniędzy na sprzedaży jabłecznika podczas imprezy z okazji zdobycia przez Ajax Pucharu Interkontynentalnego i postanowił wydać je na reprezentację. Oczywiście nie mogłem odmówić. Dlatego w środę rano znaleźliśmy się w samolocie, w którym 90 proc. pasażerów nie różniło się od nas. To byli holenderscy kibice z całego serca pragnący zwycięstwa reprezentacji.


Gdy tylko samolot oderwał się od ziemi, zorientowałem się, że coś nie tak jest z Wimem. Zamiast śpiewać razem z nami, nerwowo wiercił się w fotelu rzucając wokół niespokojne spojrzenia. Kiedy podano nam kawę, wiedziałem już co było przyczyną zmiany jego nastroju. Stewardesa.


Ich lewe nogi

Była bardzo ładna. Miała pomarańczowe włosy i piegowate policzki. Wyglądała na Irlandkę. Nasi kompani żartowali, że pomalowała sobie włosy specjalnie na mecz z Holandią. - Szkoda, że pochodzi z Irlandii, gdzie piłkarze mają tylko lewe nogi - powiedział scenicznym szeptem rodak siedzący za nami.

Tylko Wim nie żartował. Kiedy dziewczyna podawała mu kawę, zaczął mówić głupstwa: - Już gdzieś się spotkaliśmy. Wstyd mi za zachowanie Holendrów w tym samolocie. Stewardesa nie reagowała, najwyraźniej przyzwyczajona, że robi na pasażerach wrażenie. Uśmiechnęła się tylko i zabrała kawę do następnego rzędu. Wim zapytał, czy widziałem w życiu kogoś piękniejszego. - Oczywiście, że tak - odpowiedziałem. Ale on nie słuchał. Patrzył gdzie zniknęła jego stewardesa.

Później Wim niewiele mówił. Nie zwracał uwagi na to, co się wokół dzieje. Nie dołączył do nas, śpiewających hymny kibiców. Nawet się nie uśmiechnął, kiedy dwóch biznesmenów - na początku bardzo zirytowanych przez wspólne podróżowanie z kibicami - pod koniec lotu pozwoliło pomalować sobie twarze na pomarańczowo.

Każda próba Wima nawiązania rozmowy ze stewardesą kończyła się jej uprzejmym, chłodnym uśmiechem. Zdesperowany poprosił o piwo, a potem wylał je trzęsącymi rękami na elegancki uniform stewardesy. Na głębszą znajomość stracił już jednak wszelkie szanse. Jedyną rzeczą jaką udało mu się dowiedzieć było, że stewardesa ma na imię Gwenda, jest Irlandką i mieszka w Liverpoolu. Wim wysiadł z samolotu ze złamanym sercem.


Łąka na Anfield Road

Kiedy weszliśmy na stadion, wyglądało, jakby nagle w środku zimy za dotknięciem czarodziejskiej różdżki nastała kolorowa wiosna. Zieloni kibice Irlandii wymieszali się z Pomarańczowymi. Ze schodów, na które się wspiąłem, trybuny przypominały łąkę z kwiatami albo gaj pomarańczowy. Holendrzy i Irlandczycy bardzo się lubią. Nie było mowy o jakiejkolwiek przemocy. Nawet po meczu, kiedy nakazano nam wyjść ze stadionu przed Irlandczykami, byliśmy żegnani przez nich brawami. Przegrali 0:2, ale byli wspaniali.  Plac przed stadionem wyglądał jak centrum Amsterdamu po triumfach Ajaxu. Zaczęło się świętowanie. Wim na chwilę odzyskał wigor. Nawet Bobbie, angielski policjant, nosił z uśmiechem pomarańczowe kokardki.

Jestem Irlandczykiem

Miałem zamiar przyłączyć się do pozostałych kibiców, ale Wim zdecydował, że szybko musi znaleźć się w jakimś pubie. Szedłem za nim, aż znalazł odpowiadające mu miejsce. Było tam zielono od Irlandczyków, ale zostaliśmy przywitani owacyjnie, choć mieliśmy na sobie pomarańczowe płaszcze. Fani zespołu Jackie Charltona klepali nas po ramionach, wciskali kufle w dłonie. Zrozumiałem, że jesteśmy w irlandzkim pubie. Nie wiedziałem, że świętowanie zwycięstwa w piwiarni pokonanych może być tak zabawne.

Wygraliśmy na boisku, ale ciężko polegliśmy w zabawie. Musieliśmy śpiewać razem z nimi, pić jedną szklankę ciężkiego "Ale" za drugą. Gratulacjom nie było końca. Zaczęliśmy się wszyscy całować, po dwudziestu minutach poczułem, że jeszcze chwila i zostanę Irlandczykiem.

W innym pubie

Wim wyciągnął mnie jednak do innego pubu. Wcale nie zdziwiłem się, że była to również piwiarnia irlandzka. Po Dublinie, właśnie w Liverpoolu mieszka najwięcej Irlandczyków. Przywitałem nowych znajomych, wkrótce przyjaciół, strumień piwa lał się szeroko. Ale Wim znów mnie wyciągnął. Uznałem, że zmiany miejsc są wskazane. Wędrowaliśmy od pubu do pubu. W piątym zasugerowałem, że mam dość. Chcę do hotelu, bo nie wytrzymam więcej piwa, a Irlandczykom się przecież nie odmawia.

Wim, który z powrotem wpadł w melancholię, stwierdził, że nie cierpi Irlandczyków, a mecz w ogóle mu się nie podobał. Narzekał, kiedy nagle nad jego ponurą twarzą ujrzałem szklankę piwa. Przechyliła się i cała pinta irlandzkiego lagera poleciała na jego płaszcz. Wim odwrócił się, podniósł w górę ręce, przygotowany do bójki. Zamknąłem oczy... i usłyszałem: Gwenda?!

Następnego dnia Wim powiedział do mnie: - Mam nadzieję, że sam trafisz do Amsterdamu. W drodze powrotnej kawę podała mi piękna, rudowłosa stewardesa. Byłem szczęśliwy, że nie ma ze mną Wima.

Albert Ramarkes, Gazeta Wyborcza z 15.12.1995

 

 


 


 Copyright © Oranjefan.pl 2001-2006
Wykonanie inti.pl
Home |  Wiadomości |  Mecze |  Kadra |  Trenerzy |  Historia |  Eredivise |  Kibice |  Linki |  Forum |